Wszystko zaczęło się w momencie gdy Khali opowiedziała mi o swoim koledze, który kupił sobie niedawno jacht morski i zadeklarował możliwość użyczenia go znajomym. Zrodził się wówczas pomysł wykorzystania nadarzającej się okazji i zorganizowania rejsu w majowy weekend. Nie pamiętam niestety jakim magicznym sposobem zebrała się załoga, ale jedno jest pewne – składały się na nią geeki pierwszego sortu. Biorąc pod uwagę krótki czas trwania naszej wyprawy oraz fakt, że miała ona się zacząć i zakończyć na Zalewie Szczecińskim, cel mógł być tylko jeden – Bornholm. Nie będę się jednak zagłębiał w szczegóły, ani zdradzał konkretniejszych planów, gdyż może jednak kiedyś uda się je zrealizować.

Khali przyjechała do Warszawy w środę 27. kwietnia 2011 roku, na dwa dni przed wyjazdem do Szczecina, gdyż na czwartek zaplanowaliśmy poczynienie dodatkowych zakupów dla niej w sklepie sportowym.

29. kwietnia 2011 roku o godzinie 0702 wraz z Gorthuarem ruszyliśmy pociągiem do Szczecina. Ponad sześciogodzinna podróż minęła całkiem szybko, a geekami będąc, spożytkowaliśmy ją na rozmowę o grach komputerowych i nowych serialach oraz na szlachetnej grze w szachy. Obładowani jedzeniem niczym juczne wielbłądy odnaleźliśmy na czas przystanek mini-busów, dzięki czemu do kresu naszej podróży – miasta Stepnica – dotarliśmy koło godziny 15. Co prawda czekał nas jeszcze spacer z tobołami (wydłużony o nieplanowaną wycieczkę do złej mariny), ale w końcu dotarliśmy do upragnionego celu, a był jacht Shipman 28 s/y „Summoner”. Na miejscu powitali nas Marek – właściciel jachtu, wraz ze swoim przyjacielem – Rafałem. Po szybkiej prezentacji jednostki i jej wielu zawiłych mechanizmów załoga w składzie: ja (jako kapitan), Gorthuar (jako pierwszy oficer) i Khali (jako załogant); wyszła w morze… czy raczej na wody Zalewu Szczecińskiego.

Teraz trochę o jachcie i jego właściwościach – zaiste piekielna to bestia! Na samej genui lekką ręką wyciągała 5 i więcej węzłów, po dodaniu grota udawało nam się wyciągać 8, a przeglądając historię na GPSie wyszperałem informację o maksymalnej zmierzonej prędkości liczącej równe 12 supełków (sic!). Poza szybkością w oczy rzucają się (nawet, czy może zwłaszcza niedoświadczonym żeglarzom) przechyły – „Summoner” lubi się mocno kłaść, a w dodatku jest wąski, co dodatkowo potęguje to wrażenie. Na całe szczęście w kokpicie zamontowany ma przechyłomierz, widok którego działa niezwykle kojąco na nerwy. Poniżej prezentuję zdjęcia jachtu, niestety nie pochodzą one z naszej wyprawy (pierwsze z nich przedstawia właściciela stojącego na dziobie swej jednostki).

[ZDJĘCIA]

Wracając do dopiero co rozpoczętego rejsu – wyszliśmy we trójkę na wody Zalewu i wyczuwszy jacht pomknęliśmy ku 4. bramie torowej. Nie wiem czy to moje przekleństwo, czy może cecha tego miejsca, ale drugi raz wpływając między te dwie stawy jako kapitan miałem wątpliwą przyjemność bycia wyprzedzanym w tym miejscu przez kontenerowiec, czy inne cholerstwo. Tym razem miało to miejsce w środku dnia i obeszło się bez nieprzyjemności, jednak niesmak pozostaje. Będąc na wysokości 3. bramy wiatr wzmógł się na tyle, że chcąc nie chcąc odpaliliśmy silnik i zrzuciliśmy żagle. Wtedy też dostaliśmy nieśmiałą zapowiedź tego, co czekać nas miało dnia następnego – Khali przegrała walkę z chorobą morską, zaszyła się pod pokładem, a gdy weszliśmy w Kanał Piastowski i falowanie ustało – poszła spać. Do tego czasu zdążyło zajść słońce, a że dzień ten okazał się dla Gorthuara męczący – on też usnął (choć w kokpicie, więc w razie czego miałem go pod ręką), zostawiając mnie samego za sterem. Muszę przyznać, że na swój sposób to był bardzo miły fragment podróży. Pokonaliśmy Kanał Mieliński i powitało nas Świnoujście. Minęliśmy przeprawę promową i płynąc wzdłuż remontowanego nabrzeża nr 13 udaliśmy się do dobrze mi znanego basenu północnego, gdzie czekała na nas niemiła niespodzianka. Wchodząc do basenu nie zwróciliśmy uwagi na fakt, że stało w nim podejrzanie mało jachtów, tylko skupiliśmy się na bezpiecznym podejściu do kei. Pomógł nam w tym kapitan portu, jednak zamiast powitać nas informacją, że przyjemność nocowania w tym miejscu będzie kosztować oraz wskazać toalety, widząc naszą banderę (jacht jest zarejestrowany w Szwecji) uraczył nas niemieckim „marina geschlossen”. Nieporozumienie językowe szybko zostało wyjaśnione i pan wytłumaczył nam sytuację z remontem, po czym dał namiary na keję miejską.

30. kwietnia 2011 roku rano przyjechała z Krakowa z małym opóźnieniem druga połowa załogi w osobach Wyronsa (mianowanego drugim i ostatnim oficerem), jego małżonki Pani Sumowej oraz Tallusa (obojgu przypadła zaszczytna funkcja załogantów). Przytargali oni ze sobą kolejne tony jedzenia, dzięki czemu do końca rejsu nie musieliśmy się martwić o kwestie żywieniowe. Pozostało nam jeszcze tylko dokupić wodę i inne płyny oraz kilka ruchomości, jak choćby czajnik. Po krótkim wykładzie z zasad bezpieczeństwa i zarefowaniu grota byliśmy gotowi do drogi. Cumy zostały oddane i nasza geekowa ekipa wyruszyła na wyprawę (nie wiedząc, że wrócimy nim zdąży się ściemnić).

Opuściliśmy główki portu i wyszliśmy na mocno rozfalowane morze. Wiało w okolicy 6 stopni w skali Beauforta z północy-północnego wschodu, czyli dokładnie od Bornholmu i nie miało się to zmienić. W tej sytuacji nie było innego wyjścia, jak przejść do planu B. Do postawienia grota poszli Gorthuar z Tallusem, jednak patent do refowania, który przy kei wyglądał na genialny w swej prostocie, podczas podnoszenia żagla okazał się być wielce skomplikowany, więc po kilkunastu minutach walki przyszło nam zrezygnować z głównego żagla i zadowolić się genuą zwiniętą do wielkości foka. Obraliśmy kurs na Sassnitz i wtedy się zaczęło. Nie pamiętam już kto był pierwszy i komu w udziale przypadła „czekolada Prezesa”, ale nie ma to znaczenia – efekt był taki, że na jednej burcie wisiała Khali, na drugiej Wyrons, a kubeł pokładowy (ochrzczony Sucharem) ściskał Tallus. Sytuacja na pokładzie robiła się coraz gorsza, a GPS wróżył nam jeszcze co najmniej dziesięć godzin drogi, kiedy ostatecznie uznaliśmy, że to nie ma sensu i zawróciliśmy do Świnoujścia.

Dzień 1. maja 2011 roku przywitaliśmy wcześnie, zjedliśmy śniadanie i kanałami ruszyliśmy na Zalew. Na miejscu przywitały nas warunki, które pozwoliły postawić oba żagle i nawet zastanawialiśmy się przez chwilę nad wypróbowaniem spinakera, jednak tu na przeszkodzie stanęły problemy techniczne z obsługą spinakerbomu i z żalem musieliśmy zrezygnować z tego pomysłu. Naszym docelowym portem było Nowe Warpno, czyli nowy port macierzysty „Summonera”, więc gdy wiatr zaczął się zauważalnie wzmagać porzuciliśmy zabawę i ruszyliśmy w stronę mariny. Będąc dosłownie na strzelenie z łuku od przesmyku na Jezioro Nowowarpieńskie i rzut kamieniem od Łysej Wyspy, nasz jacht stanął na mieliźnie. Nie będę się zasłaniał problemami z głębokościomierzem, ani niczym innym – prawda jest taka, że to moja wina. Jako że nie zamierzam też jakoś przesadnie bić się w piersi, więc na tym poprzestanę. Niestety tym razem Zalew nie był dla mnie łaskawy i nie udało nam się zejść z płycizny o własnych siłach. Bezskutecznie próbował nam też pomóc Niemiec, który przypłynął z pobliskiego Altwarp w swojej małej łódce rybackiej i dopiero bosman na kutrze wyciągnął nas z opresji. Musieliśmy być nie lada atrakcją w marinie, gdyż nasze cumowanie z bliska podziwiało kilkanaście, a może nawet więcej osób.

Wieczorem rozpoczął się sztorm. Do mariny zdążyły przypłynąć i schronić się jeszcze dwa jachty. Nam bosman ofiarował dodatkowy odbijacz, gdyż staliśmy po nawietrznej stronie kei, w miejscu całkowicie nieosłoniętym przed falą przyboju. Przy tej okazji otrzymaliśmy zaproszenie do portowej tawerny, czy raczej sali wykładowej z kącikiem kuchennym. Mogliśmy się tam w spokoju ogrzać, napić, pożartować oraz porozmawiać.

Dzień 2. maja 2011 roku rozpoczęliśmy od informacji, że Atlanta Hawks wygrali 103 do 95 z Chicago Bulls, a Dallas Mavericks zwyciężyli Los Angeles Lakers 96 do 94. Aaa… no i że dzielni Marines zabili Osamę. Po śniadaniu poszliśmy na spacer, który zaowocował wizytą w kawiarni gdzie, niepomne na me przestrogi, dziewczyny ku swemu przerażeniu skorzystały z wynalazku cywilizacji, jakim jest lustro. Gdzieś w międzyczasie zapadła decyzja, że mimo niemal zerowych szans na ponowne pływanie, do domów wracamy zgodnie z planem we wtorkowy wieczór. Potem przyszedł czas na gry i zabawy – szachy, krótką sesję Warhammera oraz grę towarzyską pokroju Mafii. Wieczorem zostaliśmy na jachcie i słuchaliśmy muzyki puszczanej z telefonów komórkowych, a gdy na zewnątrz zrobiło się ciemno, Wyrons znów wyszedł oglądać gwiazdy, ale tym razem w moim towarzystwie.

3. maja 2011 roku upłynął pod znakiem wyścigu z czasem. Wpierw trzeba było się spakować – najważniejszą częścią tej czynności okazało się dzielenie jedzenia, które nam zostało w znacznych ilościach. Drugą ważną kwestią było znalezienie transportu do Szczecina, ale tu akurat łut szczęścia chciał, że spacerując w poszukiwaniu przystanku autobusowego natrafiłem na busa i otrzymałem aktualny rozkład jazdy. Trzecim newralgicznym punktem był powrót do domu, bo o ile ekipa z Krakowa (minus Khali, która wracała przez Warszawę) miała już dawno wykupione bilety na pociąg nocny do domu, o tyle reszta nie wiedziała jak się dostanie do Warszawy. Ostatecznie szalona jazda wpierw busem, a potem taksówką oraz bieg po peronach, torach i mylenie pociągów zaowocowały całkiem sensownym czasowo przejazdem Szczecin – Warszawa z przesiadką w Poznaniu. Zdążyliśmy się tam pożywić w McDonaldzie i rozstaliśmy z Gorthuarem, który pojechał wcześniejszym InterCity. Khali do domu wróciła dzień później i tak zakończył się Rejs Geeków na Bornholm.

Minęło już odpowiednio dużo czasu, który mogłem poświęcić na należyte przemyślenie przeżytych przygód, by teraz opowiedzieć o nich z odpowiedniej perspektywy… No dobrze, nie będę kłamał – tak jakoś się złożyło, że przez wszystkie te miesiące nie miałem weny by usiąść i spisać co działo się w wakacje. Ale że poprzedni rok już się skończył, to wypadałoby wreszcie coś nabazgrać, bo doszły mnie słuchy, że co po niektórzy się niecierpliwią. Oby tylko jędza skleroza nie pokrzyżowała planów!

Jacht czarterowaliśmy w promocji last minute, co pozwoliło nam wynająć niezłą Corvettę 650 w cenie Sasanki 620. Różnica w komforcie wnętrza była wyczuwalna.

Wyprawa rozpoczęła się 29. sierpnia 2010 roku. Podróż pociągiem niczym szczególnym się nie wyróżniła, przygody zaczęły się po dotarciu do Giżycka. Na peronie nieoczekiwanie wpadliśmy mojego “brata” Pawła, który wyszedł odebrać swoją dziewczynę. Nie zastanawiając się długo pojechaliśmy z nimi do “Kuchni Świata” mieszczącej się zaraz obok obrotowego mostu, gdzie spotkaliśmy moją “siostrę” Zuzę wraz z jej chłopakiem oraz kilka innych znajomych twarzy Skipperowych (w to czemu Paweł, Zuza oraz reszta ich klanu są moimi braćmi i siostrami zagłębiać się nie będę, gdyż jest to dłuższa opowieść; Skipper natomiast, to łódzka agencja żeglarstwa, dla której pracowałem kilka sezonów jako instruktor). Tak więc posililiśmy się w tym miłym gronie po czym, podwiezieni samochodem przez Pawła, o umówionej godzinie siedemnastej stawiliśmy się na kei Ośrodka Turystyki Wodnej PTTK w Wilkasach. Po sprawnym przekazaniu jachtu oficjalnie objęliśmy we władanie nasze sześć i pół metra łajby. Dzień zakończyliśmy małymi zakupami i myśląc już o czekających na nas wyzwaniach poszliśmy spać.

30. sierpnia 2010 roku powitał nas kiepską pogodą. W kapitanacie dowiedziałem się, że na dwoje babka wróżyła i może cały dzień siąpić, a może i wyjrzy słońce i w sumie to nie było wiadomo czy jest sens wypływać. Mimo to decyzja zapadła szybko – nie ma co w marinie siedzieć i tyłek grzać, trzeba płynąć. Zebraliśmy się więc pośpiesznie i wyszliśmy na Niegocin, by po chwili zniknąć w Starym Kanale. Ku naszej wielkiej radości po wypłynięciu na Jezioro Kosajno okazało się, że słońce świeci w najlepsze, a nam sprzyja południowo-wschodni wiatr. Pełnym bajdewindem znaleźliśmy się błyskawicznie na Jeziorze Dargin, sprawnie przeprawiliśmy się pod mostem, mignęły nam Mamry i nie wiadomo kiedy wpływaliśmy już do Węgorzewa. Akurat na obiad.

Posiliwszy się w legendarnej “Tawernie Keja” ponownie wyruszyliśmy na wodę, by dokonać ostatniego tego dnia skoku, tym razem do Sztynortu, gdzie wpływaliśmy wraz z ostatnimi promieniami słońca.

Dzień 31. sierpnia 2010 roku rozpoczęliśmy dosyć wcześnie rano i po skorzystaniu z najlepszych na Mazurach pryszniców oraz szybkich zakupach w sztynorckim sklepie spożywczym wyszliśmy na wodę. Dzień zapowiadał się pogodnie i choć słońce tylko od czasu do czasu przebijało się przez chmury, to wiatr wiał ładny i jacht rwał do przodu aż miło. Pogoda była odpowiednia, by na dobre rozpocząć szkolenie, a że na Jeziorze Dobskim, gdzie się udaliśmy, nie było wielu jachtów, warunki można było uznać za komfortowe. Tu pragnę ogłosić, że Khali jest najbardziej pojętną uczennicą, jaką miałem przyjemność do tej pory uczyć żeglarstwa! Klucząc trochę z powodu częstych zwrotów przez sztag dopłynęliśmy wreszcie do Wyspy Kormoranów.

Jak na powyższych zdjęciach widać, wyspę tę porastają uschłe od ptasich odchodów drzewa. Widok średnio apetyczny, ale jest to jeden z obowiązkowych punktów, które należy zwiedzić, będąc na Mazurach. Cofnę się jeszcze do momentu, gdy wpływaliśmy na Dobskie: otóż oczom naszym ukazała się wówczas wyspa, której być tam nie powinno (to ta na środkowym zdjęciu). Mocno nas zmyliła, gdyż nie uwzględniała jej nawet tegoroczna mapa. Szok spowodowany tym niespodziewanym spotkaniem przeszedł dopiero, gdy znikła ona nam z pola widzenia. Tym razem wiatr wiał nam prosto w dziób, dzięki czemu Khali mogła sobie utrwalić poznany nie tak dawno manewr zwrotu przez sztag. Z zacięciem regatowców wyprzedzaliśmy kolejne jachty, żeglując w stronę Nowego Kanału Giżyckiego, skorzystaliśmy jednak z okazji bym i ja miał jakieś swoje wakacyjne zdjęcia. Dzień zakończyliśmy na Jeziorze Bocznym, w miejscowości Rydzewo, gdzie dopadły nas Łabędziemazurscy Rumuni.

Dnia 1. września 2010 roku pożeglowaliśmy dalej na południe. Błyskawicznie pokonując Jagodne oraz Kanały Mazurskie, zwróciliśmy dziób ku północy i ruszyliśmy w stronę Rynu. Do Karczmy Walenroda dotarliśmy na smaczny obiad i zjadłszy go, popłynęliśmy z powrotem. Gdy opuszczaliśmy już Jezioro Ryńskie, nasz jacht uległ awarii – miecz zablokował się w pozycji podniesionej, co zaowocowało znaczną utratą sterowności. Na silniku pokonaliśmy jeszcze kilkadziesiąt metrów i wysztrandowaliśmy się na brzeg. Była to nasza pierwsza i ostatnia noc, którą spędziliśmy “na dziko”. Niestety mimo że słońce do tej pory ładnie świeciło, to woda była wręcz lodowata i wizja wspólnej kąpieli pod gwiazdami z dala od wścibskich oczu nadal pozostaje w sferze marzeń.

2. września 2010 roku wstaliśmy wcześnie i dokonaliśmy prowizorycznych napraw miecza, po czym ruszyliśmy na południe. Na wysokości miejscowości Tałty, zaczął wiać silny wiatr, który zmusił nas do zrzucenia grota (w tych warunkach nie dalibyśmy rady zarefować go w dwie osoby) i resztę drogi pokonaliśmy na samym foku. Gdy dopłynęliśmy do Mikołajek, warunki były tak nieprzyjazne, że zrezygnowaliśmy z dalszej podróży na południe. Zwłaszcza że doprowadzenie miecza do stanu pełnej używalności wymagało zakupów w sklepie żeglarskim. I tym sposobem w stolicy Mazur utknęliśmy na okrągłą dobę. Wyprawa na Śniardwy nie wchodziła w rachubę, gdyż warunki pogodowe się nie zmieniały.

3. września 2010 roku po południu podjęliśmy decyzję o zawróceniu w stronę Wilkasów. Po przejściu mostów w Mikołajkach i wyjściu na Tałty uznałem, że można spróbować postawić foka. Ku memu wielkiemu zdziwieniu płynąc półwiatrem nasz jacht niosący jedynie przedni żagiel samoistnie… ostrzył! Piwo dla osoby, która wyjaśni mi owo zagadkowe zjawisko, bo mnie zawsze uczono, że jest odwrotnie. Niemniej kąt martwy był tak duży, a przechył denerwujący, że zrezygnowaliśmy z używania siły wiatru na rzecz silnika, nim jeszcze straciliśmy z oczu Hotel Gołębieski. I dobrze, bo niebawem musieliśmy zmagać się z falami, do których nasz jacht nie był stworzony, a chodzący na niemal najwyższych obrotach silnik ledwo pchał nas do przodu. Nieliczni szaleńcy, którzy w takich warunkach odważyli się płynąć pod żaglami, musieli całą załogę na burcie powiesić, a i tak ich jachty groziły niekontrolowanym zwrotem przez top. W towarzystwie fal, których nie powstydziłby się Zalew Szczeciński, dotarliśmy do kanałów, gdzie schroniliśmy się wśród drzew. Obiad zjedliśmy w Zielonym Gaju, po czym dokonaliśmy ostatecznej naprawy miecza i popłynęliśmy dalej w stronę Wilkasów. Przez większość czasu Khali leżała pod pokładem i czytała Wiedźmina, więc gdy wypłynęliśmy na Jezioro Szymoneckie, poprosiłem ją o pomoc w stawianiu masztu, po czym wypędziłem z powrotem do lektury i korzystając z poprawy pogody postawiłem oba żagle by upewnić się, że nadal jestem w stanie sam sobie poradzić z prowadzeniem jachtu.

To, co stało się, gdy byliśmy mniej więcej w połowie Jeziora Jagodne, wydarzyło się zdecydowanie za szybko. Chylące się powoli ku zachodowi słońce nagle przestało podświetlać niebo, które tym czasem zasnuło się gęstymi i niskimi chmurami. Zerwał się wiatr, a chwilę potem lunął deszcz, który pogorszył widoczność tak, że nie jedna mgła by się rozwiała ze wstydu. Na szczęście zareagowałem wystarczająco szybko na tę błyskawiczną zmianę warunków. Wyciągnąłem Khali spod pokładu i razem opanowaliśmy jacht, choć od katastrofy mogły dzielić nas dosłownie sekundy. Niestety nie wystarczyło nam czasu by się przebrać, więc oboje przemokliśmy doszczętnie, ale to i tak niewielka cena. Do Wilkasów dotarliśmy w kompletnych ciemnościach i do mariny wchodziliśmy przy świetle latarni.

Niestety 4. wrześnie 2010 roku już nie wypłynęliśmy… Wróć! Nie prawda, wypłynęliśmy. Ale nie zdążyliśmy na dobre opuścić główek portu, gdy wiatr zgasł, a nas złapała kolejna ulewa. Tak przesiedzieliśmy cały dzień i dnia 5. września 2010 roku rano zdaliśmy jacht i wsiedliśmy w pociąg powrotny do domu.

29. kwietnia 2010 roku po długich przygotowaniach (trwały może ze 3 dni) i miesiącach planowania (no ze 2 może były) wyruszyliśmy na naszą pierwszą wyprawę (choć słowo ‘wycieczka’ byłoby chyba bardziej adekwatne). Mimo pierwotnych założeń, że ruszymy wcześnie rano, zebraliśmy się dopiero koło południa. Nieco wcześniej porzuciliśmy plan przejścia pierwszego etapu trasy na rzecz jazdy busem, więc w Ojcowskim Parku Narodowym byliśmy już przed 15:00. Po zasięgnięciu informacji w oddziale PTTK, udaliśmy się w kierunku pola namiotowego.

Khali z plecakiem

Po szybkim rozbiciu obozu poszliśmy zwiedzić Ruiny Zamku Kazimierzowskiego.

Ruiny Zamku KazimierzowskiegoKhali na tle bramy Zamku Kazimierzowskiego

Na miejscu dowiedzieliśmy się, że tego dnia już nie zdążymy odwiedzić żadnej z udostępnionych do zwiedzania jaskiń, więc zakończyliśmy go małą sesją zdjęciową i bezowocnym spacerem do restauracji [a mówiłam by iść do tej najbliżej - Khali]. Niestety nie zakupiliśmy wódki i zabrakło nam odwagi, by pointegrować się z biwakującymi obok nas (chyba) Brytyjczykami.

Alkern wśród skałAlkern i Khali na ławceKaplica na wodzie

Kaplica na wodzieWidok z Zamku Kazimierzowskiego

Madonna BezrękaSkały w Ojcowie

30. kwietnia 2010 roku rozpoczął się walką z zimnem. Okazuje się (o czym najwyraźniej nie wszyscy wiedzą), że namioty nie zawsze trzymają ciepło! [w sumie to wiedzieliśmy to, ale pycha podpowiadała, ze wygramy z zimnem - Khali] Kolejnym zadaniem, które mogło przerosnąć nasze siły, było przyrządzenie śniadania. Mając dostęp do prądu zrezygnowaliśmy z użycia palnika turystycznego (zwłaszcza, że nie mieliśmy zapałek) na rzecz grzałki. Łyżkę potrzebną do zjedzenia chińskiej zupki (konkretnie była to pomidorowa) zastąpił nam scyzoryk.

Khali konsumująca Knorra

Pełni sił ruszyliśmy zdobywać jaskinie, lecz nim dotarliśmy do pierwszej, przyszło mi się ścigać z samowyzwalaczem aparatu (nie pierwszy i nie ostatni raz), efektem czego uzyskaliśmy to zdjęcie:

Khali i Alkern na moście

Uciekając przed szkolną wycieczką (która się później jednak przydała, ale o tym za chwilę) [słysząc za sobą ich wrzaski i "chyba Ty" czuliśmy się jakbyśmy uciekali przed horda krwiożerczych orków - Khali] zdążyliśmy rzucić okiem na dolinę oraz zamek, który zwiedzaliśmy poprzedniego dnia.

Dolina Ojcowskiego Parku Narodowego

Wspomniane powyżej dzieciaki okazały się pomocne, gdy dotarliśmy do pierwszej zaplanowanej jaskini – Groty Łokietka. Gdyby nie wycieczka, to moglibyśmy długo czekać aż zbierze się minimum 5 osób potrzebnych do zwiedzania. Mimo zakazów oraz starań Khali [jestem praworządna dobra, co poradzę :( - Khali], i tak zrobiłem wewnątrz zdjęcie (niestety tylko jedno) formacji skalnej zwanej bodajże “piecem”.

Piec w Jaskini Łokietka

Zejście niebieskim szlakiem obfitowało w widoki rodem z Endoru [brakowało nam tylko speeder bike'a - Khali].

Skały na EndorzeA gdzie Ewoki?

Oczywiście nie zaprzepaściliśmy okazji by zrobić sobie naszą pierwszą ‘SłIt FoCiĘ’!

SłIt FoCiA!

Szlak doprowadził nas do Bramy Krakowskiej.

Brama Krakowska - wyjścieBrama Krakowska - wejście

Widok z Bramy KrakowskiejWidok z okolic Bramy Krakowskiej

Po odczekaniu aż dzieci (ze cztery wycieczki się zebrały!) sobie pójdą, zaspokoiliśmy nasze pragnienie u Źródełka Miłości, co miało swoje następstwa…

Źródełko MiłościJaskinia miłości?

Kolejnym punktem programu była Jaskinia Ciemna, gdzie przesympatyczna pani przewodnik oprowadziła naszą dwójkę (tak, były nas w sumie 3 osoby!) po grocie, pokazując mikroskopijne nietoperze [<nerd>podkowce małe</nerd> - Khali] i większe od nich pająki. Z przyczyn oczywistych tym razem zdjęć nie udało się zrobić aż do opuszczenia podziemi.

Alkern w lesie

1. maja 2010 roku powitał nas chłodem i deszczem (choć tym razem udało nam się w nocy zabezpieczyć przed zimnem). Zgodnie z planem zapakowaliśmy wszystko i ruszyliśmy do oddalonego o niecałe 2 kilometry przystanku autobusowego, by złapać bus na Pieskową Skałę.

Alkern w deszczu

Jakieś 20 minut po tym jak rozpoczęła się ulewa i zdążyliśmy niemal całkiem przemoknąć, stojąc na przystanku, anonimowa pani poinformowała nas, że tego dnia tylko cztery busy z Krakowa będą tamtędy przejeżdżać i że najbliższy będzie najwcześniej za godzinę. Nie mając zbytniego wyboru ruszyliśmy zmierzyć się z trasą i ciężarem plecaków. Lokalni kierowcy nie wpadli na pomysł, że potrzeba nas podwieźć zaledwie 3 kilometry i swoją tubylczość traktowali jako wymówkę dla niebrania przemoczonych autostopowiczów. Ulitował się nad nami dopiero młody amator muzyki klasycznej, który przewiózł nas końcowy odcinek trasy [i nawet nie chciał czekolady - Khali]. Tym sposobem dotarliśmy wreszcie do Zamku w Pieskowej Skale.

Zamek na Pieskowej SkaleZamek na Pieskowej Skale

Zamek na Pieskowej SkaleZamek na Pieskowej Skale

Nie deptać trawy!

Mieści on w sobie niewielkie muzeum, które udało nam się zwiedzić, po czym niestety ewakuowaliśmy się do Krakowa. Przez resztę weekendu padało, więc dalsza wędrówka nie należałaby do najprzyjemniejszych, a my (nie będę tego ukrywał) nie mieliśmy jednak wystarczającej kondycji by mierzyć się z ciężarem plecaków. Spędziliśmy za to miły wieczór w nowo otwartym pubie, a także obejrzeliśmy “Iron Mana 2″.

Podsumowując: jeśli zapomnimy o pierwotnym planie pokonania większego odcinka Szlaku Orlich Gniazd i uznamy, że głównym i jedynym celem naszej wycieczki było zwiedzanie Ojcowskiego Parku Narodowego, to wyprawę należy uznać jak najbardziej za udaną. Oczywiście mając więcej czasu moglibyśmy pokonać więcej tras, ale i tak nie ma co marudzić i nosem kręcić (no oczywiście poza kwestią pogody). Pewne wnioski zostały wyciągnięte, a pierwotny plan po pewnych modyfikacjach na pewno kiedyś zostanie jeszcze zrealizowany.

Z w miarę dużym wyprzedzeniem, ale już teraz planujemy nasz wspólny, wakacyjny, dwuosobowy rejs mazurski. Nie mamy jeszcze zarezerwowanego jachtu, nie wiemy skąd będziemy startować, ale pomysłów jest wiele.

Standardowo chcieli byśmy odwiedzić między innymi takie jeziora jak:

  • Nidzkie
  • Mikołajskie
  • Śniardwy
  • Niegocin
  • Mamry

Oczywiście powyższy plan to w sumie całe Mazury i do jego realizacji potrzebne będą pewnie dwa tygodnie, ale przy odrobinie szczęścia uda nam się zwiedzić choćby część zaplanowanej trasy i resztę poznać na przykład za rok.

Kolejna planowana wycieczka będzie miała miejsce w nieokreślonej przyszłości i obejmie część trasy Szlaku Orlich Gniazd, biegnącego przez Jurę Krakowsko-Częstochowską.

Wybrane punkty wycieczki:

  • Olkusz
  • Ruiny Zamku Rycerskiego w Rabsztynie
  • Ruiny Zamku Rycerskiego w Ogrodzieńcu
Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.